Archiwa miesięczne: Październik 2008

Szukajcie, a znajdziecie

Albo i nie znajdziecie… Ludzie szukają w sieci różnych rzeczy. Dziwnych, śmiesznych, odrażających. Ostatnio wchodzą tu Japończycy z Tokio, z wyszukiwarki na stronie z The Japanese Porn. Nie wiem, jak to się dzieje, że tu trafiają.

Niektóre z terminów, jakie podawano wyszukiwarce:

„kim jest pani bovary” Mną oczywiście.
„moja tesknota za tym co było” To właśnie ten blog.
„wiersze o jesieni napisane przez ludzi” :).
„odpowiedz mi kim jestem” Tylko jak?
„twój stosunek do pani bovary” Osobisty.
„moon wirus” Bardzo groźny…

The Clash „The Magnificent Seven” (1981)

Walking On The Moon

To również bardzo lubiłam.

Jest w tym utworze dramatyczne napięcie, są i epickie dłużyzny… Tylko wideo nienastrojowe.

The Police „Walking On The Moon” (1979)

Mandelsztam – „Liśćmi mgliście dyszącymi…”

***
Liśćmi mgliście dyszącymi
Smutny czarny wiatr szeleści,
I jaskółka trzepocząca
W ciemnym niebie koło kreśli.

Cicho walczy w moim sercu,
Konającym, pieszczotliwym,
Zmierzch, co szybciej ożyć pragnie,
Z światłem prawie już nieżywym.

I nad lasem pociemniałym
Widać tarczę z miedzi całą.
Czemu cisza wokół?
Czemu muzyki tak mało?

/napisał Osip Mandelsztam, 1911/
/tłumaczyła Maria Leśniewska/

The Police

To jeden z najlepszych utworów The Police, jeśli nawet nie najlepszy.

Mieli ten rytm, to uderzenie, ten styl… Dla dzieciaka, jakim byłam na początku lat osiemdziesiątych, byli jak rodzina.

The Police „Don’t Stand So Close To Me” (wersja ’86)

Douglas Dunn – „Z rynsztoka”

Rozmawiam z mężczyzną, który zamiata rynsztok
Długą szczotką na kiju
Pokrytą twardą, niezawodną szczeciną.
„Odkąd wziąłem tę pracę
Nie chce ze mną rozmawiać nawet żona,
Ale nie było nic innego do wzięcia”.
Tak, tak, tak, melancholijny człowieku,
którego wzrok odwrócony jest na zawsze w stronę
Podartych listów miłosnych,
Resztek zeszłotygodniowych wymiocin, zapałek,
I wilgoci tytoniu, co eksplodował z bibułki,
Wiem, że marzy ci się jesień
I jej zbawienne posłanie,
Ożywione liście, co mówią ci
O rzeczach niepotrzebnych,
I opowiadają ustami nieznajomego
O czterech porach śmieci,
Cudzymi ustami, które trajkoczą
Wśród upuszczonych monet i niedopałków.
.
napisał Douglas Dunn, 1969
tłumaczył Piotr Sommer

jesienne aleja, foto

Wolność od samego siebie

Prawdziwa wolność, to wolność od wszelkich uczuć, pragnień, potrzeb. Stan „nirwany” niejako. Dla człowieka niedostępna. Oprócz głodu i potrzeby snu, najbardziej zniewalają nas uczucia. Pozytywne i negatywne. A często pozytywne okazują się po jakimś czasie negatywnymi, i vice versa.

Wygląda na to, że wszelkie uczucia są potrzebne, „najgorsze” również, by człowiek mógł dojrzeć i okrzepnąć w swojej sile. Byleby tylko te najbardziej negatywne stany nie trwały zbyt długo, bo to okazuje się destrukcyjne w końcowym rozrachunku.

Toyah „I Want To Be Free” (1981)

Rewolucjoniści

Pojawiają się od czasu do czasu, tu i ówdzie, teraz i przedtem, czy są potrzebni, czy nie…

W obecnej chwili wydają się być na wagę złota. Byleby tylko niczego nie zepsuli, jak już się znajdą i zaczną działać.

Do tej pory udane rewolucje dokonały się bezsprzecznie tylko w muzyce. Jeśli chodzi o inne dziedziny, istnieją przeróżne wątpliwości… Zagłada ludzkości jako efekt końcowy rozwoju techniki, krzywda ofiar przemian polityczno-gospodarczych, rewolucja w sztuce prowadząca do gloryfikacji kiczu, itd.

The Clash „London Calling” (1979)

Władcy świata

Doskonałe na dyskotekę czterdziestolatków.

I dlaczego wtedy wszystko wydawało się takie proste?

Tears For Fears „Everybody Wants To Rule the World” (1985)

Moon and Beyond…

Tak zatytułowałam kanał RSS, który znajduje się prawie na samym dole paska bocznego. Kanał przedstawia „Astronomy Picture od The Day”. Bardzo ładna jest, na przykład, ostatnia fotografia: Massive Stars at NGC 6357… Na tamtej stronie są też inne linki związane z tymi gwiazdami.

Cieszę się, że nie spali mnie żar gwiazd o masie 100 razy większej od słońca. Choć niby do końca nie wiadomo. Mam nadzieję umrzeć spokojnie we własnym łóżku. Nie wierzę za bardzo w modlitwy, ale liczę na to, że do tego czasu los nie zgotuje mi już zbyt wielu strasznych historii.

Ktoś wpatrywał się w gwiazdy każdego pogodnego wieczora. Nie wiem, nad czym rozmyślał. Na pewno nikomu nie złorzeczył. Te chwile z kosmosem, to była jego jedyna modlitwa. Nie był scjentologiem. Był świadomym siebie człowiekiem.

Dead Can Dance „Frontier” (1984)

A w stolicy…

A co było w Warszawie? Dworzec Centralny na powitanie. Niezbyt odpowiednie miejsce dla młodej, samotnej dziewczyny. Schody, tunele, zagubienie… Ale nie był to mój pierwszy raz w tym piekle. Czasem trzeba było o coś zapytać. Nie zawsze otrzymywało się dobrą odpowiedź… Folklor miasta stołecznego.

Jako typowa kobieta, charakteryzuję się fatalną orientacją przestrzenną, i takie miejsca mnie przerażają. Dziś, po latach, miewam chyba trochę lepsze rozeznanie w nowym otoczeniu, ale dalej jest ciężko. Nie mam lęku przestrzeni, ani też klaustrofobii, mam lęk labiryntu.

Bronski Beat „Smalltown Boy” (1984)